Chamstwo w internecie

komunikacja, kultura, odpowiedzialność, temat tygodnia 7 komentarzy »

W jednym z dzienników można było dzisiaj przeczytać – zapewne nie z troski o kulturę, tylko ze względu na sezon ogórkowy – o tym, czy jesteśmy skazani na chamstwo (przywołuję słowo w pełnym brzmieniu) w Internecie. Dwugłos, a właściwie trójgłos wyznaczył dwa bieguny dyskusji: pierwszy optujący za karaniem tych, którzy nadużywają tego forum, drugi mówiący o tym, iż cenzura nie pomoże. Oczywiście po takim dwugłosie najrozsądniej byłoby zająć pozycję pośrodku, ale nie ulegnę tej zasadzie i opowiem się za pierwszą: nadużycia trzeba karać. Dlaczego?

W pierwszym głosie porównano – moim zdaniem słusznie – Internet z chamstwem na stadionach. Przez lata uczulaliśmy kibiców (może trzeba dodać „pseudo”, bo większość to jednak prawdziwi, porządni kibice), że nie można wyrywać krzeseł na stadionach, a jak się już wyrwie, to nie można bić nimi po głowie innych kibiców. Najlepiej zaś wyrwane krzesło zostawić w miejscu wyrwania, bo gdzie biedni organizatorzy znajdą podobne? Niektórzy – zwolennicy stadionowej edukacji i ewangelizacji – wierzyli nawet w nieszczere gesty kibiców po śmierci Jana Pawła II. Postaw tych, którzy wierzyli nie chcę osądzać, gdyż śliska jest granica pomiędzy wiarą dziecięcą i ufną a wiarą infantylną. W każdym razie eksperyment edukacyjny się nie powiódł.

A Internet? Kiedy czyta się fora, nawet te moderowane, rzeczywiście pełno tam chamstwa. Kilka lat temu próbowałem jeszcze w ten bełkot wprowadzić jakieś zdanie po polsku, ale widocznie piszący z polskim mają problemy (gdyby ktoś nie wierzył, proszę sprawdzić wybrane forum od strony językowej). Dlaczego tak się dzieje? Bo wbrew pozorom – i zdaniu autorów drugiej strony dwugłosu – edukacja Internetem nie poprzedzona edukacją w domu i w szkole nie przyniesie spodziewanego rezultatu. Ja też jestem nauczycielem i zdecydowanie bliższy jest mi rozum niż pałka, ale będąc realistą wiem, że rozum spełnia swoją rolę tylko wtedy, gdy czas używania rozumu i długość życia z grubsza się pokrywają. W przeciwnym razie dorosły człowiek może mieć wyrywny umysł sześciolatka, a nawet okresu wcześniejszego. I wtedy bełkocze.

Prawo przewiduje kary od osiemnastego roku życia, a w niektórych wypadkach nawet ten wiek obniża. Tylko, że dotykamy tu realnego problemu: czy karać według długości używania układu trawiennego czy rozumu? Kiedy bowiem poddaje się karze człowieka niezdolnego do odpowiedzialności za siebie, bez wątpienia czyni się zło. Stare rzymskie prawo znało przecież przypadek impossibilium nulla obligatio (nikt nie jest zobowiązany do rzeczy niemożliwych).

Zauważmy jednak, że czym innym karać, a czym innym ograniczać wpływ niedojrzałości na życie publiczne. Nie jestem do końca przekonany, czy autorzy drugiego stanowiska reprezentujący dość ważny portal internetowy wpuściliby na łamy swojego dziennika podobny bełkot. Nie wpuszczą, bo nie zarobią, gdyż bełkoczący nie czytają gazet.

Nie na chamstwie w Internecie chcę się jednak skupić (aż tak drastycznego braku przedmiotów myślenia nie doświadczam nawet w sezonie ogórkowym). Chodzi o brak tożsamości. Otóż ci rzucający k…. i inne są po prostu tchórzami. Tu nie chodzi nawet o wykształcenie. Gdyby ktoś napisał, że „kiedy k… patrzy na to co się k… dzieje, to ma to k… gdzieś”, poza słabym językiem polskim można by to przełknąć, pod jednym wszakże warunkiem, iż podpisałby swoją opinię np. Jan Kowalski. Wtedy wiem, że człowiek nie lubiący określonej rzeczywistości a przy tym cham i gbur, to właśnie Jan Kowalski. Ale tego nie wiem, gdyż ów Jan Kowalski jest na dodatek tchórzem. I jak można z Janem Kowalskim dyskutować. Jeśli powie zbyt wiele i chciałoby się go pozwać do sądu, zmieni swoją… tożsamość internetową. Problem zaś w tym, że Kowalski ma kilka tożsamości internetowych, tylko żadnej osobowej i ludzkiej.

Nieco bardziej kulturalni, ale też bez tożsamości piszą blogi „życia wewnętrznego”. Nie chodzi oczywiście ani o duchowość, ani tym bardziej o wewnętrzne przemyślenia. Chodzi najczęściej o historię układu trawiennego z ostatnich 24. godzin. Przez dwadzieścia parę wieków Europa miała też problemy ze staropanieństwem czy starokawalerstwem (w Polsce płaciło się nawet „bykowe”), ale nikomu do głowy nie przyszło spowiadać się publicznie z tego, że nikt mnie nie chce. Czlowiek na forum dzielił się owocami intelektu i pracy rąk własnych, resztę „owoców” pozostawiał gdzie indziej. Dzisiaj przeciwnie – najbardziej intymnym organem człowiek XXI wieku jest rozum. I chyba pora tę parodię zatrzymać.  

Trzeba więc karać nadużycia. Ale nie tych biednych, którzy nie są zdolni do niemożliwego, tylko tych, którzy tych biednych i niedorozwiniętych wykorzystują marketingowo.

I nie wmawiajmy sobie, że debata publiczna w której biorą udział anonimowi rozmówcy do czegokolwiek prowadzi. A gdyby ktoś wątpił w prawdziwość moich słów, proponuję eksperyment: w najbliższych wyborach zagłosujmy tylko na tych forach z ch… i k… i nie podpisujmy się prawdziwym nazwiskiem. Liczy się przecież efekt możliwości debaty… A zanim zagłosujemy, przestańmy sponsorować dzienniki internetowe, które dopuszczają ch… i k… na forach. Ciekawe czy gratisowo utrzymają te fora? Chyba, że to ja się mylę i przegapiłem coś w naszej rzeczywistości. Na wszelki wypadek sprawdzę za chwilę czy nazwisko jest jeszcze obowiązkowe a język polski językiem urzędowym.

Dotyk i Michael Jackson

kultura, temat tygodnia 4 komentarzy »

Trudno dzisiaj mówić własnym głosem, a jeszcze chyba trudniej wyrażać na piśmie własne myśli, bo one zostają dłużej, jakby nas przeżywały w dynamicznym horyzoncie nieśmiertelności. Podejmuję jednak to wyzwanie zostawiając kilka myśli prowokowanych śmiercią Michaela Jacksona.

Postać znana (w języku popkultury czytaj: wielka) a jednocześnie tragiczna, mega gwiazda i w tym samym czasie tylko ludzki, kosmiczny pył. Nie chcę pisać o nim. Nie rozumiem bowiem wszystkiego, co stało się w jego życiu. Przypominam sobie Jacksona mojej młodości a jednocześnie tę niewinną pamięć zacierają różne – już mniej chlubne – wydarzenia z jego życia.

Jednak do pisania o nim nie skłoniła mnie jego śmierć, lecz raczej to, co wokół tej śmierci zaczyna narastać. Z jednej strony grupa fanów, dla których nic już nie będzie tak jak wcześniej. Z drugiej ci, dla których moment jego śmierci jest dobrym pretekstem do wylania wszystkich brudów. Tak czy inaczej dotknął nas swoją śmiercią.

Dotyk…

Tak bardzo potrzebuje go człowiek. Dziecko jest wyczulone na dotyk matki, zakochany na dotyk ukochanej. Potrzeba dotyku świata bliskich. Ale jest też inny dotyk – obcych. Ten, za który przeprasza się w tramwaju, ten, którego doświadczamy, kiedy ktoś nas obraża, rani. Jest jeszcze dotyk Boga: cierpienia, miłości, krzyża, samotności. To wszystko sprawia, że zapomnieliśmy o potrzebie dotyku z dzieciństwa, dotyku miłości. Uczymy się szybko obrony przed dotykiem… obcych. I może właśnie dlatego, że nikt nie ma prawa nas dotknąć, jesteśmy sami.

Dotknął nas Michael Jackson. Albo inaczej, dotknął czegoś w nas. Tej nuty nostalgii za lepszym światem z przeszłości. Dotknął pragnienia niewinności i tragicznej świadomości winy każdego z nas. Właśnie dlatego nie chcę być sędzią jego życia. Nie zacieram tego, w czym pobłądził. Ale też nie chcę wyrzucić z pamięci tych chwil, które dzięki jego twórczości były również moje. I zamiast sądzić, posłucham raz jeszcze utworu, który sprawia, że człowiek pozwala się dotknąć: Heal the worlds na dobranoc.

Ciemna strona kultury miasta

kultura, temat tygodnia Komentarze są wyłączone

Starożytni Grecy definiowali sztukę jako cnotę rozumnego wytwarzania, które naśladuje celowość natury i doskonali świat, gdyż zawiera w sobie pewien kanon oparty na naśladowaniu i pięknie. Sztuka nie powstaje z próżni, a jej fundamentem jest zawsze jakaś określona wizja świata i człowieka. Aby jednak tego wszystkiego doświadczyć potrzeba nie tylko czasu na kontemplację dzieła i na jego zrozumienie, by móc podejść krytycznie, ale także otwarcia na przekaz.

Tymczasem, współczesną cywilizację interesuje nie tylko ekonomika czasu, ale, jak się okazuje, także ilości wchłoniętej sztuki. A skoro nadmiar codziennych obowiązków nie pozwala uczynić czegoś w dzień, to czemu nie wykorzystać w niekonwencjonalny sposób nocy..?

Po raz kolejny w wielu miastach nie tylko Polski, ale i Europy, zapanowała Noc muzeów. W Polsce już po raz piąty, mieszkańcy większych miast rzucili się tłumnie w objęcia bogini Arfodyty. Na tę jedną noc otworzono wszystkie muzea, galerie, zorganizowano pokazy filmów „pod chmurką” i jeszcze wiele atrakcji, które miały uczcić owczy pęd miejskiej społeczności do szeroko rozumianej kultury.

Nazajutrz, prasa szumnie rozpisywała się o kolejnym rekordzie pobitym przez zwiedzających, dodając nieskromnie, iż tym razem ponownie zwyciężyła Stolica, gdyż w tym czasie  miały swój finał studencie juwenalia. Fakt ów pozwolił nie tylko na określenie, że pamiętna noc była bardziej tłoczna, bo kolejki po bilety, tłumy na ulicach, ale i bardziej pijana. Czy dalej mówimy o sztuce..?

Jeśli nawet mówimy o sztuce, to odnoszę wrażenie, że o jej wersji anty-, bo choć potrafiliśmy się zachwycić, to bardziej ilością niż jakością. Ilością nie tylko otwartych, bezpłatnie pozwalających się oglądać miejsc kulturalnych, ale przede wszystkim ilością chętnych do tego. Wskazuje na to fakt, że wielu ze zwiedzających nie interesowało gdzie i po co idą, ale fakt, że idą wszyscy… Jaka jest zatem nasza świadomość sztuki, kultury, upodobań i pragnień, skoro wejdziemy wszędzie, tylko dlatego, że drzwi są otwarte…

Pozostał jeszcze jeden wątek, na który chciałabym zwrócić uwagę, iż wszystko to działo się o zmierzchu. Nikomu nie przeszkadzał odwrócony porządek – zamiana dnia z nocą, tak jakbyśmy się czegoś wstydzili, chcieli ukryć, że potrafimy się zachwycić, pozwolić sobie na to, by dostrzec różnicę między robotą, dziełem a arcydziełem, które przenosi w inną rzeczywistość. Fakt ten nie tylko zastanawia, ale i złości, gdyż do muzeów ruszamy tłumnie nocą, a w dzień na Starówce chętnie odpowiadamy na pytania ankieterów o homofobię Polaków.

Minęła noc szeroko otwartej na świat kultury, minął kolejny długi weekend. Miną też wakacje i kolejny rok szarej codzienności, aż do następnej okazji na szaleństwo o zmierzchu, kiedy to wyjadą na miejskie ulice stare autobusy „ogórki”, by zawieźć nas na podbój metropolii.

Tylko muzea będą świecić pustkami niczym latarnie, i aż prawie oślepiać, bo one nie wiedzą, że my lubimy szukać kultury nocą…

                                                                                                                            

DS

 

*****

 

…Bo serce napomina mnie nawet nocą. W poruszonym temacie może chodzić nie tylko o kulturę, ale także o moralność. Nie mamy czasu na nią w ciągu dnia. Przerabialiśmy już w historii „nocne Polaków rozmowy”. Co jednak stanie się z moralnością, gdy i ją sprowadzimy do nocnych refleksji? Według jakich kryteriów będziemy żyć w ciągu dnia?

Noc nawet na sztukę rzuca inne światło. Cóż dopiero mówić o moralności. Co się jednak stanie, jeśli to światło sprawi, że zaczniemy dostrzegać inaczej kolory: białe jako szare, czarne jako nie aż tak bardzo ciemne… Czy przypadkiem nie będziemy żyć tylko konturami rzeczywistości?

Nie tylko rośliny potrzebują słońca. Potrzebują go również ludzie, a zwłaszcza ludzkie sumienie. Ów blask prawdy nie jest wyłącznie figurą retoryczną. Jest potrzebą ludzkiego umysłu i serca. Dosyć ma dzień swojej biedy, ale też wystarczająco możliwości, by zająć się sztuką, kulturą i moralnością. Bo jeśli wszystko zaczniemy uprawiać nocą, skąd weźmiemy ów blask prawdy? Reflektory, nawet najsilniejsze, mogą nie wystarczyć…

 

Jarosław A. Sobkowiak