Zrozumieć niewiarę…

dialog, dziedzictwo, Kościół 11 komentarzy »

Coraz bardziej zagęszcza się (albo jak wolą niektórzy: rozrzedza) atmosfera życia religijnego w Polsce. Dla starszych było oczywiste, że po to, by nie mieć problemów z Bogiem (a może bardziej z człowiekiem) trzeba po prostu wierzyć. A jak już się wierzy w Polsce, to trzeba wierzyć po katolicku. Z kolei dla najmłodszego pokolenia wiara nie jest już wcale czymś tak oczywistym. Próbuje się to zrzucić na brak przekazu i tradycji, na prądy liberalne i w ogóle na ocieplenie klimatu, zwane tolerancją. Próbowaliśmy łatać tymi tłumaczeniami coraz większe ubytki naszej religijnej tkaniny. Niestety dziury robią się coraz większe.

Ale chyba nadszedł już czas, by powiedzieć głośno: w Polsce jest niewiara, są ludzie nie identyfikujący się z katolicyzmem, ani z żadną inną religią. Są ludzie, którzy nie wierzą, bo im nikt nie powiedział, są też tacy, którzy nie wierzą, bo im za dużo o tym mówiono. Zabrakło świadków. I nie chodzi o świadków przeszłości (dziadków ciągle jeszcze mamy). Zabrakło świadków wiary. Nie wystarczy pocieszać się tym, że mamy Bł. Jana Pawła II czy św. Faustynę. To są dla wielu święci wirtualni, albo realni, ale w innym wymiarze. Potrzebujemy świadków (świętych) obok nas – w rodzinie, w najbliższym kościele, w miejscu pracy. Takich świętych, którzy pozostając ludźmi, swoim życiem będą nam stawiać pytanie o Boga.

Skończył się czas dowodów ontologicznych i kosmologicznych. Potrzebujemy dzisiaj dowodu z człowieka. I nie jest prawdą, że człowiek nie chce być religijny. Chce, ale nie umie, bo mu nikt nie pokazał. W czasach komuny, żeby wpisać się w społeczeństwo i coś osiągnąć wielu wstępowało do partii. Dzisiaj odnosi się wrażenie, że ciągle nie ma innej drogi. Kodeks Prawa Kanonicznego tak bardzo przestrzega duchownych przed przynależnością partyjną. Ale myślę, że trzeba to czytać szerzej – również przynależnością mentalną. Człowiek Kościoła musi przede wszystkim przynależeć do Kościoła. A Kościół jest wszystkich.

Dopóki nie skończymy z dziwnymi podziałami na partyjnych na sposób kościelny i partyjnych antykościelnie, dopóty nie zbudujemy wspólnoty. Czy da się jednak myśleć inaczej o sprawach świeckich i wierzyć w tego samego Boga? A można być Kowalskim, Nowakiem mając włosy blond lub ciemne, będąc policjantem lub księdzem, bliżej prawej lub bliżej lewej strony?

Może fenomen rodziny polega na tym, że członków rodziny łączy przede wszystkim miłość. Trochę podobnie jak najważniejsza teza Ewangelii, statutu „naszej partii”. Do czego zachęcam? Do wyrobienia w sobie nawyku codziennego rozważania Ewangelii – tekstu fundacyjnego wspólnoty do której się należy, co do której ma się czasem opory, którą się już porzuciło, a może jeszcze nie wybrało. Jest tylko jeden warunek wstępny, by do niej przynależeć – bycie człowiekiem. To trzeba wnieść jako kapitał początkowy. Reszta jest łaską, którą daje Bóg. Bez tego osobistego spotkania, żadne tradycje i przekazy nie przekonają. One nabierają sensu dopiero w kontekście spotkania.

Czas zatem na ożywienie nadziei, bo człowiek nie szuka nie-wiary, tak jak nie szuka nie-słońca, nie-chleba, nie-pracy. To byłoby nielogiczne. Człowiek szuka sensu, tylko nie pozwoli już sobie wmówić (i to jest istotna zmiana pokoleniowa!) czegoś co nie jest chlebem, nie będzie udawał pracy, gdy jej nie ma, ani nie rozbierze się w pochmurny dzień, żeby udawać opalanie. Nie zacznie też się modlić, kiedy – w jego mniemaniu – nie ma do kogo i z kim. Czas udawania się skończył i zaczęły się przerażająco szczere rozmowy, również o wierze.

Warto czasem spojrzeć na świat inaczej. Będę wdzięczny za wszelkie komentarze. Dzielmy się naszą wiarą i niewiarą. Bez takich dyskusji nie będziemy wspólnotą bogatą różnorodnością, ale monolitem, o którym nie będzie chciało się nawet myśleć.

In vitro – debata

bioetyka, prawa człowieka 36 komentarzy »

Nowe życie, nowy człowiek. Niby przynależy do swojej rodziny, nawet przykazanie wzywa go do czci względem swoich rodziców. Jakby przynależy. A jednak… Jest już nowym życiem, cieszącym się odrębnością i indywidualnością. Zawdzięcza istnienie im, rodzicom, ale czy tylko?

Dziwnie wpisuje się człowiek w proces przekazywania życia. I to jest pierwsze ważne stwierdzenie: przekazywania, nie dawania czy stwarzania. Przekazuje coś, co nie należy wyłącznie do niego, czego nie jest w ścisłym sensie właścicielem. Przekazać coś, co się samemu otrzymało oznacza zatem wpisać swoje plany w jakiś plan. Plan, którego nie da się do końca wykalkulować, dopracować w szczegółach. Plan, który potrafi zaskoczyć.

Czasem zaskakuje boleśnie. Taką sytuacją jest niewątpliwie niepłodność. Nie można zbyt pochopnie oczekiwać od człowieka, by się na nią godził, by z góry akceptował nie rozumiejąc. Pytanie jednak, w jaki sposób stara się to zrozumieć i jak chce sobie pomóc.

Jedną z proponowanych współcześnie propozycji jest zapłodnienie metodą in vitro. Pozornie brzmi to jak propozycja lekarstwa proponowana na wyregulowanie ciśnienia czy obniżenie poziomu cholesterolu. In vitro nie jest jednak lekarstwem. Jest rezygnacją z bycia stworzeniem na rzecz uczynienia z siebie stwórcy.

Podejście do płodności ma wiele aspektów: jedni mogą a nie chcą, inni chcą a nie mogą, jeszcze inni nie powinni a próbują. Wszystkie te sytuacje pokazują, że in vitro wpisuje się w o wiele głębszy problem niż mieć czy nie mieć dzieci.

Realizować powołanie czy potrzeby? Człowiek może mieć pragnienie, zresztą prawomocne i słuszne. Ale pragnienie można zaspokoić w sposób godny człowieka: na miarę godności tego, kto pragnie i na miarę godności tego, kogo pragnie. Człowiek ma prawo chcieć wszystkiego do czego ma prawo. Nie ma jednak człowiek prawa do człowieka. Nie można sobie człowieka wymyślić, wymusić, nie można pragnienia wynaturzyć. Nie można zyskać jednego życia kosztem życia innych.

Problem in vitro to nie tylko sprawa refundacji kosztów zabiegu. Problem in vitro, to zagadnienie o wiele głębsze – rozumienia człowieka, siebie, Boga. Nie można być jednocześnie dawcą życia i tym, który życie zabiera. Nie można jednocześnie jednego dziecka kochać a drugiego nienawidzić aż po śmierć. Osoba nie jest kwestią uznaniową. Ona po prostu jest. Jest nią od poczęcia i nie jest, kiedy w naturalny sposób począć się nie może.

Dziecko ma prawo do wiedzy na temat swoich rodziców. Ma prawo wiedzieć kim są. Ma również prawo do wiedzy na temat rodzeństwa, kim są, kim byli, kim mogli być. W świecie komunikacji powołujemy się na prawa podstawowe, również na prawo do informacji. Z tego prawa nie można wyłączyć embrionu, który jest człowiekiem. Potencjalny rodzic musi nauczyć się liczyć, również, a może przede wszystkim, liczyć swoje dzieci. Nie tylko te chciane, ale również te, którym żyć nie pozwoli.

Rozumiem ból rodziców niepłodnych. Ale musimy również zrozumieć, że pod pozorem pomocy, czyni się z człowieka tego, który życie zabija. Nie dajmy się ponieść nowomowie: ciąża, embrion, płód, zygota. Te techniczne terminy są potrzebne do opisania etapów życia człowieka. Ale człowiek jest, albo nie jest. A od poczęcia już jest i żadna procedura nie może tego podważyć i zalegalizować.

In vitro to nie lek na niepłodność. To życie kosztem życia, nawet wielu. To kochanie jednych, kosztem zanegowania istnienia innych. Nie można kochać życia wybiórczo, bo wtedy nie kocha się człowieka, kocha się wyłącznie siebie.

I chociaż taka opinia może wielu zaboleć, to jednak życie nie jest sprawą uznania, teorii, filozofii ani prawa. Życie jest kwestią Boga i niech tak pozostanie. Bo co prawda początkowi naszego życia nic już nie zagrozi, ale niepewny jest jeszcze koniec. A manipulacja życiem jest zawsze obosieczną bronią.

Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka

prawa człowieka 1 komentarz »

Minęło ponad sześćdziesiąt lat od momentu uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. To wystarczająco długi okres, by pokusić się o pewne syntetyzujące refleksje. Odkryto prawa człowieka! Brzmi to prawie tak dumnie, jak odkrycie drogi morskiej do Indii, jak podważenie systemu Ptolemeusza. A w rzeczywistości można to porównać najwyżej z Rewolucją Francuską (sic!).

Sądzę, że prawa człowieka odkrył KTOŚ znacznie wcześniej. One chyba nie są młodsze od człowieka. Problem tylko w tym, że wraz z prawami pojawiła się w człowieku WOLNOŚĆ…, ale jakby niedopracowana. Wolność „do” nie tylko niewolniczego „wdrażania” praw w życie, ale również wolność „od” respektowania tych praw. Człowiek ma bowiem pewien „luz egzystencjalny”, który sprawia, że nie od razu widzi konsekwencje wszystkich swoich działań. To na co narzeka dzisiaj, zasadniczo nie dokonało się wczoraj. Większość z trudnych spraw jakie nosi jest wypadkową wcześniejszych jego wyborów.

Jaki zatem prezent można by przygotować z okazji dzisiejszego jubileuszu? Wydaje się, że najpiękniejszym prezentem może być ROZUMNOŚĆ. To ona broniła praw człowieka na wiele wieków przed ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji. I to jej brak sprawia, że sześćdziesiąt lat po fakcie proklamacji tego dokumentu prawa człowieka bywają ciągle łamane.

Sekretarz Generalny ONZ powiedział przy tej okazji, że jednym z powodów nierespektowania praw człowieka jest mały poziom ich uświadomienia. Ale myślę, że potrzebna jest mała dopowiedź. Faktycznie trzeba sobie uświadomić te prawa. Ale trzeba też zauważenia, że nie zawsze uświadamia nam je nasz własny rozum. Czasami uświadamia nam je KTOŚ, a czasami tylko ktoś. A co mówi rozum?

Mówi, że skoro są niezbywalne, potrzebują zabezpieczenia, nie zaś Prometeusza wykradającego bogom ogień. Nie obdaruje nas prawami człowieka ani lewica ani prawica. Nie musimy być za nie wdzięczni ani liberałom ani konserwatystom. Wymienione partie czy systemy mogą je lepiej czy gorzej zabezpieczyć. Ale jeśli prawa te są niezbywalne, to nie można ich stawiać na równi z uchwałami o obecności Polski w Unii Europejskiej czy z uchwałami o podatku VAT. Człowiek może o nich mówić, ale nie może ich stwarzać. Może je odkryć jak Kopernik słońce. Ale na tym zasługa Kopernika się kończy.

Nie chcąc wikłać się filozoficzno-teologiczne spory, pragnę tylko zadać pytanie, jakie stawia sobie i innym dziecko na etapie preideologicznym: DLACZEGO?

Dlaczego człowiek ma prawa, dlaczego są niezbywalne, dlaczego chce je łamać, gdy chce człowieka zniewolić. A potem dlaczego je oddaje, kiedy wzrasta ludzka świadomość?

Pytanie „dlaczego?” stawia się wtedy, gdy coś JEST a nie wiem DLACZEGO JEST. Prawa człowieka SĄ. Natura ludzka JEST. Ba, nawet człowiek, żeby mógł pomyśleć najpierw MUSI BYĆ.

Dlaczego?

Media w służbie nowej ewangelizacji – debata

pytania nieobojętne 44 komentarzy »

Ostatnio dużo mówi się i pisze na temat nowej ewangelizacji. Podkreśla się przy tym, że Ewangelia niezmiennie jest ta sama. Zatem nie chodzi o nową treść, tylko o nową formę. W nowych zaś okolicznościach szczególną „amboną” zdają się być media. No właśnie… Chciałoby się dopowiedzieć: media katolickie. Ale czym one faktycznie są?

Spróbujmy nieco uporządkować przedpole. Najpierw czym są media? Są sposobem łączenia ludzi w próbach odczytywania rzeczywistości. Warto zauważyć, że zanim pojawi się „medium” musi istnieć rzeczywistość i żywe podmioty komunikujące między sobą. Komunikacja nie może być wyłącznie procesem. Ona musi nieść zawartość treściową.  Jednak i sama treść nie wystarczy. Trzeba komunikować „coś” – „komuś” – „w jakimś celu”. Celem tym jest budowanie prawdziwej ludzkiej wspólnoty.  I dopiero w zestawieniu tych trzech elementów można mówić o prawdziwej odpowiedzialności.

Mamy zatem następujący schemat: proces komunikacji – treść (komunikat) – wspólnota. I tu pojawia się kolejny problem. Jeśli postawi się akcent na proces, wtedy zauważa się potrzebę różnorodności sposobów i form komunikacji – pluralizm mediów. Jeśli zaś postawi się akcent na wspólnotę, wtedy w imię budowania jedności można czasem podważyć sens różnorodności, odmienności czy wprost wykluczyć istnienie odmiennych stanowisk. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, przerysowania prowadzą do zniekształcenia treści.

A media katolickie? Można wymienić trzy ich typy (A. Boniecki):

  • Media katolickie w ścisłym sensie, będące swoistym organem instytucji kościelnych;
  • Media, które nie są organem kościelnym, ale ze względu na treść i sposób opisu rzeczywistości, można do nich odnieść określenie „katolickie”;
  • Wreszcie media, które nie stawiają sobie za cel podejmowanie problematyki religijnej, ale akceptując religię jako istotny element życia społecznego, zachowują dla niej mniej czy bardziej obszerny „dział religijny”.

Powtórzę więc pytanie: a media katolickie? Czy chodzi o źródło finansowania, czy o dziennikarza, który ma być katolicki ze względu na obowiązek respektowania zasadniczej linii pisma, czy chodzi po prostu o człowieka, który skoro jest katolikiem powinien pisać zgodnie z własnym sumieniem i zgodnie z prawdą rzeczy (rzetelnie)?

Problem komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli dziennikarzem jest kapłan. Kojarzy się on z założenia z osobą w sposób instytucjonalny reprezentującą Kościół. Każda więc próba zbyt daleko idącego komentarza może wprowadzać odbiorcę w błąd. Czy jednak to obostrzenie obowiązuje tylko wtedy, kiedy pisze się rzeczy trudne dla wspólnoty kościelnej? A jeśli broni się jej metodami, które nie są bliskie ewangelii? Jedną z właściwych metod ukazuje sama Ewangelia: iść jak owce między wilki. Oznacza to, że wierzący, który respektuje obiektywność prawdy, wie jednocześnie, że nie musi jej szukać i przedstawiać metodami wilków. Prawda jest bowiem obiektywna. Prościej: PRAWDA JEST! W dynamicznym ujęciu przybiera to formę: PRAWDA JEST DO ODKRYCIA! Jeśli zaś zakłada się, że odkrywa się w jakimś celu, wtedy: ODKRYWANIE PRAWDY JEST MORALNYM OBOWIĄZKIEM!

Czy więc pisać zgodnie z prawdą obiektywną czy zgodnie z własnym sumieniem? Pisać zgodnie z prawdą obiektywną, to nie pisać wcale, bo całej prawdy nie znamy. Zatem pisać obiektywnie, to pisać rzetelnie, a rzetelnie to zgodnie z etapem rozpoznania prawdy. Rzetelnie oznacza jednocześnie sumiennie – na miarę prawdy poznanej odpowiedzialnie. Jeśli zaś w sumieniu pojawia się wątpliwość a sumienie jest – skomplikujmy jeszcze bardziej – sumieniem księdza, czy ma on prawo nadal pisać sumiennie-czyli rzetelnie-czyli prawdziwie na miarę własnego odczytania rzeczywistości? Czy nie ma prawa wątpić? A jeśli wątpi, czy nie ma prawa pytać? Jeśli zaś pyta, czy nie ma prawa tego napisać, wypowiedzieć głośno?

Nie ma prostych rozwiązań. Ale niewątpliwie potrzebna jest debata. Rzetelna, sumienna i odważna, nawet jeśli musi niekiedy być trudna i bolesna.

„Czynić prawdę w miłości”! A jeśli miłość i prawda są w konflikcie? Czy dziecko musi pisać źle o własnej matce, żeby było prawdziwie? Czy lepiej nie pisać, jeśli to matkę obraża? A jeśli matka (w tym wypadku Kościół) jest Matką wielu dzieci, czy nie mają one prawa rozmawiać o niej między sobą głośno? A jeśli rozmawiają, czy można mówić rzeczy trudne o Matce przy „obcych”? A jeśli Matka chce być matką również obcych? Jak rozmawiać o matce na „dziedzińcu pogan”?

Wydarzyły się w naszym społeczeństwie rzeczy trudne, a przy tym bardzo ważne. Otworzyły potrzebną debatę na temat roli mediów, zwłaszcza katolickich w nowej ewangelizacji. Warto więc wznieść się ponad personalne spory, bo one jednak redukują debatę do emocji i postawić sobie te trudne pytania bez zbędnych podtekstów i zbyt rozwiniętych kontekstów.

Czasem trzeba nie żartować

obłuda i faryzeizm 2 komentarzy »

Chciałbym napisać wreszcie jakiś pozytywny felieton, ale życie codzienne nas nie rozpieszcza. Pozostaje więc komentowanie rzeczywistości.

Kilka dni temu napisałem o zgniłym kompromisie jednego z ewangelizatorów, dotyczącym kary śmierci. Kiedy to pisałem, czułem się trochę osamotniony, jakbym walczył z wiatrakami. Walka z wiatrakami katolickimi wcale nie jest przyjemniejsza od walki z wiatrakami laickimi. Na szczęście umocniły mnie słowa Benedykta XVI ze środowej audiencji generalnej. Dzisiaj przynajmniej już wiadomo (po niektórych telewizyjnych wypowiedziach), że dla niektórych posłów głos papieża jest jednym z wielu, nawet w kwestiach moralnych. Cieszy mnie to z jednego powodu: wreszcie jest oczywiste, że mamy partie prawicowe, ale nie mamy partii katolickich. I Bogu dzięki! Przynajmniej naszą jedyną „partią” katolicką może pozostać Chrystus (por. Bł. Abp Jerzy Matulewicz).

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jeden pomysł – krucjata różańcowa w obronie Ojczyzny. Na szczęście kapelan krucjaty sprzed lat przypomniał nam, że taka już istnieje, tylko jakoś nie ma nadmiaru chętnych do tej starej inicjatywy. Nie mam nic przeciw modlitwie za Ojczyznę, zaczęła mnie tylko zastanawiać potrzebna ilość modlących się – sześć milionów. Dlaczego akurat sześć, a nie cztery czy osiem?

Zacząłem liczyć zwolenników kary śmierci, potem rozważać owe „sześć” milionów krucjaty. Nieodparcie kojarzą się one z jakąś parlamentarną większością. Kiedy odmawiałem dzisiaj „Ojcze nasz”, zatrzymałem się na słowach „Bądź wola…”. No właśnie, muszę sobie na nowo uświadomić o czyją wolę chodzi, żebym modląc się nie poparł przez przypadek jakiegoś nowego politycznego pomysłu.

(Nie)jasne stanowiska

"bez komentarza" Brak komentarzy »

(Tekst czytać integralnie z felietonem z 27.11.2011 – Nieproporcjonalne reakcje)

 Wczoraj pisałem o braku reakcji na propozycję kary śmierci. Dzisiaj przyznaję, że temat ruszył. Martwi mnie, że ciągle muszę narzekać – może to oznaka zmęczenia, starości… Narzekam jednak z powodu niektórych stanowisk wobec kary śmierci. Stanowisk (nie)jasnych.

Chcę jednak postawić problem inaczej: czy osoba głosząca Ewangelię ma prawo do własnego stanowiska czy nie? Coraz bardziej przekonuję się, że nie. Ma to być tzw. czysty przekaz. Natomiast mnie – jako odbiorcę orędzia Ewangelii – interesuje właśnie stanowisko ewangelizatora. Stanowisko Kościoła mogę znaleźć w Katechizmie, w Evangelium vitae  i wielu innych dokumentach. Czytać przecież umiem. Jeśli zaś kogoś słucham, to interesuje mnie to, o czym nie jest napisane wprost w Katechizmie. Nie znajdę tam wyjaśnienia, czy sytuacja w Polsce jest aż tak zła, że kara śmierci jest jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem. I to właśnie chciałbym znaleźć w wypowiedziach osób publicznych – zarówno z kościelnej jak i ze świeckiej strony. Zwłaszcza zaś tego oczekiwałbym od ewangelizatora.

Natomiast czasem odpowiedź jest (nie)jasna.

No i znowu się dziwię dlaczego?

Ps. Tym, którzy mają odwagę zaprezentować własne stanowisko – dziękuję! Tym, którzy wikłając się w politykę muszą nadal kręcić – współczuję!