Moralność = Prawo?

moralność, odpowiedzialność, temat tygodnia 2 komentarzy »

Do napisania tego felietonu skłonił mnie komentarz Pana Sylwestra umieszczony przy okazji wspomnienia o śmierci Prof. Barbary Skargi (do pełnego zrozumienia zasadności obecnego felietonu niezbędna będzie wcześniejsza lektura komentarza Pana Sylwestra i mojej nań odpowiedzi).

Ostatnio coraz częściej wraca problem kryzysu moralnego i jest też coraz więcej chętnych, by braki w moralności nadrobić prawem. Ktoś nie chce czegoś przyjąć, zrozumieć, zaakceptować – przegłosujmy to w sejmie, zdobądźmy większość, wygrajmy sprawę. Jest to szybka droga do sukcesu, ale mało skuteczna. W czasach Chrystusa było wiele wypadków, w których rozstrzygnięcia prawa rzymskiego były sprzeczne z Ewangelią. Apostołowie świetnie zdawali sobie sprawę z faktu, iż ani prawo nie zastąpi moralności, ani moralność prawa. Sam Apostoł Paweł przedłużył sobie życie o kilka miesięcy odwołując się do prawa rzymskiego, do czego miał prawo jako obywatel imperium, unikając tym samym konsekwencji wyroku religijnego Sanhedrynu. Chrystus również wybrał inną drogę walki z nie-Bożym prawem. Tą drogą była formacja sumień a w konsekwencji Krzyż jako – po ludzku – bezsilność wobec prawa. Prawo idzie bowiem zawsze za życiem, nie przed. Gdyby np. w Polsce było zdecydowane potępienie moralne pewnych postaw, prawo musiałoby iść za życiem i to skodyfikować.

Na czym w istocie polega różnica pomiędzy moralnością a prawem? Otóż prawo działa prohibicyjnie, ograniczająco. Jeśli już ma związek z moralnością to jest jej wymiarem negatywnym. Natomiast moralność to projekt na życie, pewna wizja celu, świadomość motywów i konsekwencji. Gdybyśmy nawet stworzyli idealne prawo, to nie da się kochać, współistnieć, tworzyć dobro wspólne w oparciu o zbiór kodeksów (cywilnego, karnego, administracyjnego i wielu innych). Moralność może pokrywać się tylko z tym prawem, które wcześniej zostało zapisane w sercu. Co prawda nauka Kościoła mówi, że prawo stanowione nie powinno stać w sprzeczności z prawem naturalnym. A jeśli stoi? To mamy podobny wyrok, jak w przypadku „Gościa Niedzielnego”. Wyrok moralnie niesprawiedliwy, ale podjęty w świetle prawa. Złego prawa. Z tego jednak nie można wyprowadzić wniosku, iż da się w przyszłości postawić znak równości pomiędzy moralnością a prawem. Byłaby to bądź jurydyzacja moralności, bądź etyzacja prawa.

To właśnie z takich przypadków wywodzi się słowo „męczennik”, oznaczające również świadka. Tygodnik katolicki nie przegrał. Zaświadczył o prawdzie wobec złego prawa i za to świadectwo zapłacił. Idealnie byłoby, gdyby nie było prawa, które podważa moralność. Ale jeśli jest…? Wtedy trzeba mówić prawdę. A prawda ma swoją cenę, czasem o wiele wyższą niż zasądzona.

I tak już pozostanie. Prawo zabezpieczające minimum, często o wiele za małe i moralność ukazująca szczyt. I pozostanie napięcie pomiędzy władzą świecką i duchowną. I dopóki ono będzie, będzie też szansa na zmianę. Gdybyśmy zaś wyobrazili sobie, że doczekamy błogiego pokoju pomiędzy moralnością i prawem, to oznaczałoby to, że nawet diabeł się nawrócił, albo coś przeciwnego, że Kościół nie pełni już swojej roli. Znak równości pomiędzy moralnością a prawem byłby owocem kompromisu, a w moralności nie ma kompromisu i pluralizmu. Mamy prawo walczyć o lepsze prawa. To jest nawet naszym obowiązkiem. Z pełną jednak świadomością, że w najlepszym systemie społecznym i prawnym zawsze pozostanie miejsce na męczennika-świadka prawdy, i zawsze za tę prawdę będzie trzeba płacić. Pozostaje tylko troska, byśmy tworzyli takie prawo i takie społeczeństwo, w którym za prawdę, zwłaszcza prawdę o człowieku i jego prawie do życia płaci się możliwie najmniej.

Nie ma bowiem takiego prawa, które odebrałoby możliwość świadczenia o prawdzie. Prawda bowiem wyzwala, przede wszystkim od lęku. Lęku nie tylko przed grzechem, ale też od lęku przed konsekwencjami prawa, jakie czekają za prawdę. Nagłośniony wyrok nie odebrał więc prawa do prawdy. Pokazał tylko, że w Polsce kosztuje ona jeszcze bardzo dużo.

Coś co daje do myślenia…

moralność, prawda, temat tygodnia Komentarze są wyłączone

Niewątpliwie film Stephana Daldry Lektor daje do myślenia. I wbrew pobieżnym recenzjom, nie chodzi o problem inicjacji seksualnej. Chodzi o prawdę o człowieku, historii… Prawdę, o którą nie trzeba się spierać, lecz o której trzeba pomyśleć. Wraca w nim bowiem stary, nieunikniony temat: słuszne.

Najbardziej trafne usytuowanie tego pojęcia zdaje się być pomiędzy legalnym a dobrym. Bohaterka filmu z jednej strony próbuje siebie usprawiedliwić, z drugiej zaś nie bardzo wie za co: przecież to, co robiła było legalne. W tym samym czasie rozprawiamy się z historią odznaczając bohaterów za to, że podejmowali coś, co było nielegalne. Pojawia się zatem nowy wątek myślenia o słusznym – słuszne pomiędzy nielegalnym a dobrym.

Słuszne może być życie, postępowanie. Ale żeby orzec o nim „słuszne”, trzeba je koniecznie umieścić pomiędzy prawem a etyką. Prawem, które podąża za życiem, by je porządkować i dobrem, które uprzedza działanie, by podążało za nim życie. Ważne jest jednak, by prawo nie musiało porządkować wszystkiego, bo prawo idzie za życiem, a w życiu można zbyt dużo zniszczyć, zaprzepaścić.

Kiedy mówi się o prawdziwych naukowcach nie ma się na myśli wykształconych wymyślaczy rzeczywistości, lecz twórczych jej obserwatorów. Podobnie jest z koncepcją dobra. Dzisiaj nie cieszą się zbyt wielkim szacunkiem takie zawody jak moralista czy etyk – chciałoby się powiedzieć: I słusznie! To czym się zajmują, uważane jest bowiem za nierealne, nierzeczywiste. Może to i racja, jeśli rozumie się je jako racjonalne wymyślanie moralnych przygód. Jest bowiem wbrew pozorom – i wbrew książkom o racjonalności pozorów – tylko jedna etyka, tak jak jest tylko jedna rzeczywistość. I ta jest do twórczego odkrywania. Wtedy można jednoznacznie ocenić życie, a właściwie nie życie. Można wtedy ocenić czy się żyło czy tylko pozorowało.

Ten film musi dzielić ludzi, ale nie tak jak przyzwyczaiła nas demokracja i tolerancja. Ten film musi dzielić ludzi jak podzielił świat Kopernik na to, co przed i po. Słuszność nie jest wypadkową demokracji. Jest owocem poszukiwań tego, co istnieje naprawdę. Wszystko inne można uczynić legalnym, a nawet etycznym – czyli wymyślaną racjonalnością zachowań. Słuszność nie stoi po żadnej ze stron. Słuszna jest RZECZYWISTOŚĆ, ale nie ta tworzona z domieszką błędu, lecz TA, Z KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ STAŁO, A BEZ KTÓREJ NIC SIĘ NIE STAŁO, CO SIĘ STAŁO… rzeczywiste.

I niech mi Czytelnik wybaczy, że tym razem nie dam możliwości komentarza. Przyszedł chyba czas, by zacząć odkrywać to, co jest, a nie to, co się wydaje. I w tym sensie nie interesuje mnie ani opinia większości, ani mniejszości. One nie usprawiedliwią. Usprawiedliwia tylko sumienie… słuszne. To, którego nie da się wpisać pomiędzy legalne i dobre. Usprawiedliwi tylko sumienie: mnie – moje, Ciebie – Twoje.

Nie-tradycyjni czy bez tradycji?

moralność, statystyki, temat tygodnia 3 komentarzy »

16 marca CBOS opublikował badania Moralność Polaków po 20 latach przemian. Przeglądając wyniki badań można stwierdzić, że w naszym kraju następuje proces sekularyzacji, chociaż może nie w takim stopniu jak to ma miejsce w krajach z dłuższą niż nasza tradycją laicyzacji. Badania ukazują naszą moralność w dość bladym świetle, chociaż – niestety – wiele z prezentowanych wyników mógłbym potwierdzić badaniami, które były prowadzone pod moim kierunkiem, chociażby stosunek młodych Polaków do antykoncepcji (2008).

Co jednak uderza szczególnie w tych badaniach to fakt, iż coraz większa część Polaków nie wiąże już moralności z religijnością, a jeszcze niższy procent uważa moralność katolicką za moralność szczególnie istotną. Rodzi się jednak pytanie: Czy to oznacza, że jesteśmy coraz mniej tradycyjni, czy też, że jesteśmy coraz bardziej bez tradycji? Osobiście skłaniam się do tej drugiej sugestii.

Gdyby bowiem przyjąć, że odchodzimy od tradycji, tzn. od tradycyjnych wartości, które w naszym kraju były inspirowane moralnością katolicką, to słusznym wydawałoby się pytanie, ku jakiej tradycji zmierzamy? Można bowiem nie opierać swojego życia na religii, ale wtedy zostaje osąd moralny oparty na rozumie (etyka), czy na szczerym poszukiwaniu prawdy we własnym sercu. Tymczasem wydaje się, że jesteśmy coraz bardziej społeczeństwem, które można określić jako społeczeństwo „bez właściwości”, tzn. bez zakotwiczenia w czymkolwiek co dawałoby posmak stałości, zakorzenienia, odniesienia. Zaczynamy być coraz bardziej społeczeństwem nie tylko bez odniesień religijnych, ale także bez stałych punktów odniesienia.

Taki stan rzeczy nie jest już sekularyzacją, to coś znacznie gorszego – to programowa rezygnacja z myślenia, jakiegokolwiek (!). Na większość naszych postaw nie mamy już argumentów nie tylko religijnych, coraz częściej brakuje nam argumentów po prostu racjonalnych. Czy więc przestajemy być tradycyjni? Gdyby tak było, wtedy rezygnacja z tradycji sugerowałaby wzmożone poszukiwania innej tradycji, innych punktów odniesień. My zaś – i taka jest moja teza – stajemy się coraz bardziej społeczeństwem  b e z  t r a d y c j i. I chyba to we wspomnianych badaniach rodzi największy niepokój.