Prawdziwa mądrość

mądrość, sens życia Brak komentarzy »

W rytmie życia chrześcijańskiego kolejne niedziele są jakby drogowskazami na codzienność. Pozornie już dawno rozpisane na cykle, okresy. Kojarzą się raczej ze schematem, czymś statycznym. A jednak to słowo trafiając w naszą codzienność pokazuje na czym polega istota życia – na godzeniu tego, co zmienne z czymś stałym, ponadczasowym, absolutnym.

Mądrość. Wiele w życiu robimy, by ją zdobyć. Staramy się o wykształcenie, uczymy się języków, poznajemy inne kultury. I im więcej wiemy – jeśli tylko mamy odwagę myśleć – tym większą mamy świadomość, że tej „mądrości” nie potrafimy wykorzystać. A może nie tak czytamy, może podobnie jak składamy różne fragmenty naszej wiedzy, podobnie próbujemy zestawiać opowiadania biblijne. Brakuje nam ciągle jednego, jakiejś osnowy, sensu, by zrozumieć całość. Podobnie jak brakuje nam tego, co nawet w świeckim wymiarze nazywamy motywem życia.

Czym więc jest mądrość? Jest zdolnością rozróżniania pomiędzy dobrem i złem. Jak zatem odróżnić dobro od zła? Czy dobro i zło to jakieś statyczne rzeczywistości, po które można łatwo sięgnąć i się nimi cieszyć albo smucić? Dobro i zło to nie przedmioty leżące poza nami. Dobro i zło – one są w nas, a właściwie dobro i zło tworzymy my sami.

Do pełnego obrazu mądrości trzeba dorzucić jeszcze jedno słowo – głupota. Biblia ukazuje ją na przykładzie obrazu: głupcem jest ten, kto zaczyna budować coś, czego nie będzie w stanie ukończyć. Co w takim razie zrobić? Zawiesić budowę w połowie? Wielu tak właśnie interpretuje wychodzenie z głupoty. Na dodatek taką interpretację podpiera pobożnymi intencjami. Wygląda to w życiu mniej więcej tak: człowiek popełnia coś, co odbiera jako głupotę (czytaj też w języku pobożnym – zło). Ze złem trzeba zerwać, więc zrywa z głupotą na rzecz czegoś nowego. Po czasie zauważa, że i tego nowego nie da się ukończyć. Trzeba zerwać z głupotą i popaść w nową. Taką multiplikację głupoty można uczynić celem życia a nawet istotą nawrócenia. Jeśli tą głupotą jest tylko budowanie wieży, nie jest to jeszcze największy dramat. Gorzej, gdy jako głupotę i pomyłkę określa się relację z drugim człowiekiem czy nawet z Bogiem.

Jak więc być mądrym? Może zacząć żyć według zasady, że człowiek ma prawo popełnić jedną głupotę a potem tak żyć, by głupoty jednej nie zamieniać na inną, lecz wyprowadzić z niej coś mądrego. Kiedy człowiek decyduje się iść z kimś przez życie nie może przewidzieć wszystkiego, co może go spotkać. I niewątpliwie, w takim momencie rodzi się pokusa, opuścić to, co trudne, a kiedy nazwie się to pomyłką czy głupotą, to nawet to opuszczanie nie będzie zbyt trudne. Jest to jednak wybawienie pozorne, gdyż w imię pozornej zmiany na lepsze człowiek niszczy jedyną w życiu szansę, nadzieję, osobę, w końcu samego siebie. Taka zamiana byłaby możliwa, gdyby i życie można zamienić. Ale by było ono sensowne, nie może występować w liczbie mnogiej. Jeden człowiek, jedno życie, jedna prawdziwa szansa…

Biblia dla pełności obrazu pokazuje Jezusa, który nawiązując do takiego pojmowania mądrości mówi o kroczeniu za Nim. Ci którzy spróbowali, w momencie decyzji nie wiedzieli co ich czeka. To może właśnie dlatego takie znaczenie mają dzisiaj dla nas listy więzienne, pisane w sytuacji po ludzku przegranej. Są one jednak cenne dlatego, że pokazują, iż można trwać pomimo trudności.

Życie ludzkie potrzebuje oparcia na cnocie. Cnoty potrzebuje krzyż, trudności, niepokoje, nawet poszukiwanie szczęścia potrzebuje cnoty. A cnota to nie umiejętność zamiany trudnego na łatwe, ale zdolność trwania „pomimo”. To oznacza „pójście za” w odniesieniu do Boga. I to oznacza „kroczenie z” w odniesieniu do człowieka.

Tym ostatecznie jest mądrość – rozróżnianiem dobra od zła, mądrości od głupoty. Bo zmienić, opuścić, poddać się potrafi nawet głupiec. Trwać, by z trudności wyprowadzić dobro – to potrafi tylko ten, kto – mówiąc językiem biblijnym – „poznał zamysł Pana”. To potrafi tylko ten, kto doświadczył mądrości. Bo ona nie jest sumą zmian, ale stałością „pomimo”. A zabezpieczeniem sensowności ewentualnych zmian nie jest przekonywanie Boga i człowieka, że tak było trzeba, lecz czasem posłuchanie Boga i człowieka czy to ma sens.

Znaleźć swoje miejsce w życiu

prawda, świadomość Brak komentarzy »

Wiele byśmy dali za ukazanie nam tego jedynego dla nas miejsca na ziemi. Właśnie dlatego sporą część życia poświęcamy na jego poszukiwanie. A kiedy niby znajdujemy, pośpiesznie nazywamy to powołaniem życiowym. I tak, dla jednego jest nim kapłaństwo, dla innego małżeństwo, są lekarze z powołania, nauczyciele…

Czy to jest jednak powołanie, czy to jest znalezienie naszego miejsca na ziemi? Przecież można być kapłanem, mężem, żoną, dobrym lekarzem, nauczycielem i po czasie stanąć w tym samym miejscu – to co robię, robię dobrze, ale nie jest to ciągle moje miejsce.

O co więc chodzi w tym znalezieniu własnego miejsca?

Kiedy naród wybrany był w niewoli czuł, że to nie jest właściwe miejsce. I Bóg wyprowadził Go z niewoli. Tylko, że naród myślał, że sama niewola była zła, a Bóg, że w niewoli trudno myśleć o Bogu. Potem Bóg prowadził naród przez pustynię. I kiedy wreszcie pustynia się skończyła, naród myślał, że sama pustynia była zła, a Bóg, że na pustyni trudno o systematyczne życie z Bogiem. Ale o dziwo, po czasie i w ziemi obiecanej naród przestał odkrywać swoje miejsce. I Bóg na nowo wprowadził Go w niewolę. Naród myślał, że to ziemia obiecana była zła, albo nie ta, Bóg, że naród nawet w ziemi obiecanej zapomniał o Nim.

Stary Testament ukazuje Boga, którego trzeba się bać. Miało to służyć pewnej dydaktyce przywiązania i szacunku. Ale człowiek szybko zinterpretował to inaczej. Skoro Boga nie można oglądać, to trzeba żyć tylko z mglistą Jego świadomością, jak w obłoku. Jest tylko jeden problem. Nie wpatrując się w Boga, nawet z pobożnego lęku, po czasie zaczyna się żyć tak, jakby Go nie było.

I tak – bez Boga – zaczyna się szukać swojego miejsca na ziemi. Jeśli się nie wypromujesz, nikt Cię nie zauważy, nie zatrudni, nie awansuje. I z tą ideą „wyścigu szczurów” faryzeusz zaprosił Jezusa na ucztę a my przychodzimy na Eucharystię. Rzut oka na stół, wychwycenie najbardziej godnego miejsca i próba usadowienia się jak najbliżej – jak w teatrze… życia.

Ale Kim jest ten Najważniejszy. Siada z chorymi, nie dla choroby, lecz dla nich, bo to jest ich miejsce w życiu na dany czas. Siada z biednymi, nie dla biedy, lecz dla człowieka, bo to jest jego miejsce na ziemi na dany czas. A Ci, którzy zajęli pierwsze miejsca, sztuczne, nie pokazujące ich życia? Ci, kiedy przyjdzie Bóg zostaną sami na ostatnich miejscach. Bo nagle będą najbardziej oddaleni od Boga. Nawet nie za pychę, nie za karę.

Tylko, że Bóg chciał przyjść do nich, i z nimi zasiąść do stołu, na ich miejscu. A oni zajęli miejsca sztuczne, szukając ciągle swojego miejsca. Bóg nie znalazł ich tylko dlatego, że szukał ich „u siebie” a oni w pogoni za swoim miejscem na ziemi, znaleźli lepsze miejsca przy stole, tylko że puste – bo bez Boga.

Znaleźć swoje miejsce… Poznaje się je wtedy, gdy człowiek nie musi już o nie walczyć, szukać, gdy na tym miejscu znajduje spokój. Spokój również dlatego, że mojego miejsca na ziemi nie będzie pragnął ani zazdrościł nikt inny. Ale nie tego miejsca, które chwilowo mam, lub o które walczę. Nikt nie będzie zazdrościł mi mojego życia, jeśli będzie prawdziwe. A wtedy i ja znajdę spokój i przestanę szukać. Bo prawdziwe miejsce jest tam, gdzie chce zasiąść ze mną Bóg. Wszelkie poszukiwanie lepszego, innego miejsca jest skazane na przegraną. Wcześniej czy później bowiem na tym miejscu zostanę sam i ono stanie się przerażająco ostatnie i puste.

Potrzeba odwagi, by przestać pisać i czytać

świat odniesień Brak komentarzy »

Jest już wieczór (to ważne).

W jednym z tygodników przeczytałem dzisiaj następujące zdanie: Spośród tradycyjnych sposobów odbioru kultury, czytanie jest jedynym, do którego człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie (Jacek Dukaj). Autor snuje swoje rozważania na temat przesunięcia akcentów z tekstu pisanego na tekst edytowany w edytorze tekstów, z pisania piórem na papierze do pisania na klawiaturze komputera, gdzie tekst ciągle jakby nie jest ostateczny.

Do czytania człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie, to prawda. Na pozór woli raczej słuchać, oglądać, mówić. Ale czy rzeczywiście? Czy woli mówić i słuchać? Zgodzę się z autorem tekstu w jednym: do czytania człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie, bo ze wszystkich sposobów komunikowania ono najmniej zagraża człowiekowi. I paradoksalnie, właśnie dlatego woli czytać. Bo czytając książkę, nawet jeśli niewiele rozumie, może udawać, że rozumie wszystko. Jeśli się nie zgadza, książkę można odłożyć, nie dokończyć czytania, zmienić, zastąpić.

Z żywym człowiekiem jest trudniej. Jeśli zrozumieliśmy go źle ma prawo skorygować nasze myślenie. Nawet brutalnie odstawiony może zapukać do drzwi i powiedzieć, że jego zdaniem sprawa wygląda inaczej. Żywy człowiek mobilizuje a jednocześnie odsłania prawdę o nas samych. Przed nim nie potrafimy się bronić jak przed książką.

Czytanie jest jedynym sposobem komunikowania, do którego człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie Dlaczego więc ucieka w książki? Ucieka, gdyż łatwiej mu wtedy, gdy nie jest przekonany do swoich poglądów, czytanie zaś daje niezbędny dystans i mniej zobowiązuje. Czyta, gdy musi coś napisać, do czegoś się odnieść. Wie jednak, że i ten kto pisał, podobnie jak on,  też wolał skryć się za swoim tekstem, więc istnieje małe prawdopodobieństwo, że się z niego wyłoni, by zaatakować . Nie chodzi więc chyba o dylemat: papier czy edytor, pióro czy klawiatura komputera? Chodzi bardziej o wybór zaangażowania w komunikację: wirtualnie czy realnie?

Na klawiszach komputera, jak i piórem, można wystukać emocje, uczucia, czas spotkania, swoje przeżycia. To wszystko ma jednak sens, jeśli budzi w żywym czytelniku również emocje, uczucia, pragnienie spotkania, określone przeżycia. Jeśli jednak zarówno piszący jak i czytający dochodzą wyłącznie do tekstu, rodzi się pytanie: po co komu tekst, nieważne czy pisany piórem czy na komputerze. Ewolucja nie przystosowała nas do czytania, bo ze wszystkich sposobów komunikowania ono zagraża najmniej. Czytamy więc, pozornie rozwiązując własne problemy, a faktycznie czytamy, żeby mieć święty spokój. Żeby mieć pewność, że gdy obudzimy się rano bohaterów książki już nie będzie, będzie za to nasza dobrze nam znana rzeczywistość. Może nie najciekawsza, ale znowu przyjdzie wieczór i będzie można uciec w czytanie, do którego ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani. Ale powie ktoś, przecież są i odważniejsi – piszący. Różnica jednak między czytającym a piszącym jest taka jak różnica pomiędzy chorym na grypę pacjentem a chorym na grypę lekarzem.

Zamykam swój tekst, kładąc się spać. Bo chociaż pisanie i czytanie są wtórne w stosunku do rozmowy, i chociaż ewolucyjnie nie jesteśmy do nich przystosowani, mają jednak jeden zasadniczy plus – możemy w każdej chwili włożyć w usta bohatera słowa „Dobranoc Państwu”, możemy też dla pełności dopisać naszą odpowiedź „Dobranoc bohaterze”. I jakie to błogie uczucie mieć wrażenie, że wszyscy chcą iść spać.